JAN

Autor:    , Gatunek: Proza, Dodano: 14 września 2017, 13:52:45

 

 

 

 

 

Gramy w gałę. Dziewczyny skaczą w gumę. Jan z kolejnym zwolnieniem z wuefu, podpiera ścianę ciężkim tornistrem wypełnionym kanapkami z jajkiem. Gdy rozwija kolejną pajdę ze sreberka, wszyscy się odsuwają, żartując z jego matki, że śmierdzi jak te kanapki, które codziennie szykuje mu do szkoły. Jan nie przerywa posiłku i udaje, że nie słyszy. Próbuje zachować twarz, dopóki z wielką siłą podkręcona piłka nie trafia w czubek jego nosa. Piłka odbija się od twarzy Jana i wraca na boisko pod nogi strzelca. Janowa potylica uderza ciężko i głucho w szkolny budynek. Ból łapie go za głowę i ściąga na dół. Jan traci przytomność. Jego grube bryle spadają na beton, a złożona kanapka rozpada się na dwie kromki, które po chwili przyklejają się do linii autu. Kanapka zawsze spada masłem w dół. Jan nie daje znaku życia. Po chwili wraca do siebie. Powoli odzyskuje zmysły, lecz nadal widzi świat jakby otworzył oczy pod wodą. Nic Ci nie jest? - spytała dziewczynka, która stała najbliżej Jana, i która tak jak on, nosiła okulary ze szkłami grubymi jak denka od weków jego mamy. Jan jeszcze nie odzyskał mowy. Wszyscy się gapią na niego. Nawet największym szkolnym chuliganom zrobiło się dziwnie, może nawet współczuli mu, choć cyniczne uśmiechy nie znikały z ich twarzy. Cisza i słońce jak żółtko jajka rozbitego na błękitnej patelni nieba. Jan podnosi się z ziemi po raz pierwszy. Ziemia ściąga go ku sobie i przewraca na bok. Ktoś podchodzi i pomaga mu wstać. To gruba, ciężka Ola, której kiedyś Jan podarował kanapkę, gdy była bardzo głodna. Jan spojrzał głęboko w jej okrągłe, troskliwe oczy. Nie potrafił wydusić się z siebie żadnego słowa w ojczystym języku. Poczuł jednak, że każdą swoją myśl przekłada na jakiś inny, nowy język, którego nie znał wcześniej. Jak to się stało? Przecież zaledwie parę sekund go nie było. Czy to możliwe, że gdy stracił przytomność, jego dusza odbyła długą podróż i przyniosła z sobą wspaniały dar? Z ziemi podniósł puste oprawki bez szkieł i założył na swój czerwony nos, który przed chwilą rozpłaszczyła piłka. Skinął głową w kierunku Oli, zarzucając na ramię ciężki plecak z kanapkami od mamy. Wciągnął powietrze w płuca i wrzasnął zapłakany: Tempus fugit, fiuty. I odszedł, a za plecami niósł ciszę. Wszystkim wokół było głupio. Trzymaliśmy dłonie w głębokich kieszeniach, przez które drapaliśmy się po jajkach. Od tamtej pory Jan przestał grać w piłkę, a gdy jakaś piłka poturlała się przypadkiem w jego stronę i ktoś wołał: "podaj, podaj Janie", Jan kopał tę piłkę w przeciwnym kierunku. 

 

 

 

 

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się